Protektorzy nie z tej ziemi

Ciemne strony posiadania wielkiej władzy

Dzisiejszy, ale tym razem niezbyt długi wywód będący kolejnym
elementem układanki, przybliży nas do następnego, bardzo ciekawego
zjawiska mającego oczywiście swoje miejsce w historii i być może
trwającego do dziś, dotyczącego niezbyt często omawianych konsekwencji
płynących z realnego sprawowania wielkiej władzy, jednocześnie
kontynuując stopniowe zanurzanie naszego pełnego nieuporządkowanych
myśli łba w poszukiwanej przez wszystkich króliczej norze, w celu
powolnego wyprowadzenia niektórych z jeszcze dziecinnego postrzegania
otaczającego ich świata. Niestety nie da się znaleźć zaspakajającej
naszą ciekawość odpowiedzi na żadne z zadanych, nietypowych pytań,
skoro najczęściej dotyczą one zasad funkcjonowania przekazywanego
z pokolenia na pokolenie niepełnego lub celowo zniekształconego,
modelu rzeczywistości.

Schodź użyty przeze mnie tytuł, może być błędnie lub zbyt dosłownie
odebrany, jest zapowiedzią pewnej narodzonej i z zaskakującą
regularnością przestrzeganej złotej ZASADY stosowanej przez kluczowych
władców, liderów oraz otaczającej ich świty, w której członków do
oddziału swoich personalnych ochroniarzy rekrutowali spoza obszaru
przez nich zdominowanego i zarządzanego w celu zwiększenia własnego
bezpieczeństwa przed wzrastającą konkurencją pochodzącą w większości
z WEWNĄTRZ. Owi cudzoziemscy protektorzy zachowywali znacznie większą
lojalność niż miejscowi, bo zazwyczaj nie mieli żadnego prywatnego
interesu w tym, aby konkurować o władzę z liderem czy przywódcą, który
ich zwerbował.

Aby dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat, musimy kolejny raz
wykonać spory skok w przeszłość, przywołując do pamięci pewien niezbyt
znany okres z dziejów Imperium Rzymskiego, w którym to wystraszeni
rosnącej siły konkurentów i pretorian w Rzymie Imperatorzy stanęli
w obliczu realnego zagrożenia o swoją przyszłość. Nie czekając na nic,
podjęli próbę uformowania oddziału ochroniarzy pochodzących z jednego
z silniejszych germańskich plemion głównie z regionów Batavi, które
akurat współpracowało z Imperium. Ów oddział znany jako
"Numerus Batavorum", wiernie służył Imperatorom kilkadziesiąt dobrych
lat oczywiście nie tylko w roli bliskiej ochrony. Niestety po masakrze
w lesie Teutoburskim, która była policzkiem dla Rzymu, obecny wtedy
Imperator pozbył się oddziału germanów. Ta decyzja była jednym
z głównych czynników zaprzysięgnięcia zemsty przez to germańskie
plemię, które za niedługo wywołało powstanie wraz ze swoimi
sojusznikami przeciwko rzymskiej dominacji na terenie, z którego się
wywodzili. Co ciekawe akurat na zlecenie od władz Amsterdamu Rembrandt
właśnie ten epizod utrwalił na jednym ze swoich obrazów zwanych
"The Conspiracy of Claudius Civilis", pozostawiając w cieniu wspomnianą
i bardzo spopularyzowaną przez historyków masakrę w lesie
Teutoburskim, co powinno niektórym dać do myślenia. Jest to także
jeden z koronnych dowodów na to, że Imperium Rzymskie regularnie
stosowało zasadę "divide et impera", kooperując i faworyzując z jednymi
plemionami, a zwalczając i ganiąc drugie, żeby pozostawały ze sobą
w stanie permanentnego skłócenia bez możliwości zjednoczenia się
w przyszłości, co by było problematyczne dla Imperium. Przez następne
dekady kolejni Imperatorzy starali się w podobny sposób odgradzać się
od konkurencji z WEWNĄTRZ, nawet za czasów Bizancjum, gdy ochroniarzy
rekrutowano nawet z wikingów i Skandynawów (Gwardia wareska). Istnieje
wysokie prawdopodobieństwo, że na pamiątkę tej tradycji do dzisiaj
Papież i jego świta ochraniana jest przez Szwajcarską gwardię.
To tylko pokazuje, jak w praktyce wyglądało i chyba do dziś wygląda
zarządzanie jakąś wielką potęgą, gdzie realna władza znajdująca
się na szczycie hierarchii odczuwa taką presję i strach, że aż traci
zaufanie, a nawet z czasem lojalność do własnego ludu, z którego
najczęściej pochodzi i którym stara się przewodzić.

Po krótkim zastanowieniu się nad zaprezentowaną i zakładam wstępnie
przetrawioną treścią, następnym, wręcz oczywistym krokiem dla
cechujących się dociekliwością indywiduum powinno być uformowanie dość
nietypowych jak zwykle retorycznych pytań, które i tak pozostaną dla
nas larw wypełzających spod kamienia bez odpowiedzi.

Czy w dzisiejszych czasach pewni kluczowi, realni władcy zarządzający
pewnymi specyficznymi obszarami są wiernymi kultywatorami owej zasady,
wysługując się "cudzoziemcami" do zapewnienia im i ich interesom
ochrony przed konkurencją z WEWNĄTRZ?

Czy efektem ubocznym stosowania takiej ochrony nie jest tak przypadkiem
stopniowy dryf lojalności (także z pokolenia na pokolenie) w stronę
obcego podmiotu, użyczającego cudzoziemców?

Jeżeli przykładowy obszar byłby współdzielony przez kilku różnych
władców współpracujących lub konkurujących ze sobą wiernie stosujących
wspomnianą regułę, to nie czasem ten obszar stałby się jednym wielkim
burdelem na kółkach?

Czy jeżeli ktoś przypadkowy wchodząc w sojusz z jednym z władców
(lub kimś z jego bliskiej świty) współdzielonego terenu, nie stałby
się natychmiastowo wrogiem dla innych konkurencyjnych władców, nawet
nie będąc tego świadom?

Grzebiąc w historii, zawsze można dokopać się do czegoś ciekawego,
co może zmienić nasze postrzeganie pewnych złożonych procesów, ale
tylko wtedy, jeżeli wie się gdzie zacząć. Niestety raz wykopiesz
skrzynię ze złotem, a raz skamieniałe gówno dinozaura.

Autor : Praefectus Praetorio

Komentarze 0

Nie znaleziono żadnych komentarzy